Boże Narodzenie w Boliwii

Niektórzy przed wyjazdem pytali: i nie będziesz w ogóle wracać przez ten rok? Na święta też nie?

Jednym z pytań, na które trudno mi było odpowiedzieć jest pytanie o to, co mnie zaskoczyło, co zaszokowało. Ale w końcu dochodzę do wniosku, że chyba to, że gdzieś daleko na drugim końcu świata można znaleźć rodzinę. I tak było na naszych świętach – bardzo rodzinnie.

Najpierw były przygotowania – wspólne własnoręczne przyozdabianie wszystkich sal, pokoi i zakątków naszego domu dziecka, robienie szopek, choinek. Klimat świąt, choć bez tysiąca reklam i światełek na ulicy. Czas spędzony razem, także niedospane noce, kiedy robiliśmy gigantyczną, ekologiczną szopkę na konkurs. Czas pracy, ale i rozmowy, czas bycia. Adwent – wspólne przygotowanie, animowanie zajęć dla dzieci na parafii – to było wielkie, piękne przedsięwzięcie codziennych spotkań i przygotowania się na przyjście Pana – tydzień wspólnej formacji i zabawy. I nadszedł czas Wigilii. Od rana wszyscy wystrojeni i czuć było klimat oczekiwania na popołudnie i wieczór. Po południu zgromadziliśmy się w dwadzieścia kilka osób – dzieci z naszego Domu Dziecka i Siostry, i wspólnie pomodliliśmy się, złożyliśmy życzenia. Siostra powiedziała nam o tym, jak to cenne jest to, że mamy siebie, że mamy rodzinę. I.. smutno pewnie będzie na najbliższych świętach myśląc o nich, że są tak daleko, bez przytulenia, tak daleko.. a jednak… nadal w mym sercu. Pośród tego intensywnego przygotowania nie było nawet czasu, aby tęsknić za Polską. Wtedy, tym wieczorem (w Polsce południem) zadzwoniłam do domu. To był pierwszy i chyba ostatni raz kiedy rozmawiałam z nimi video, a nie tylko głosem. Byli daleko, ale byli też w moim sercu. Odległość naprawdę nie jest istotna, wszyscy jesteśmy braćmi i siostrami zjednoczonymi dzięki Chrystusowi. Dla mnie to było naturalne, że jestem tu, gdzie jestem. Szczęśliwa, bo biorąc to, co Jezus mi dawał, będąc w tym konkretnym miejscu i czasie. Wieczerzy wigilijnej też mi nie brakowało – wieczór, kiedy praktycznie nic się nie działo był jeszcze większym podkreśleniem, że oczekujemy na noc narodzenia. W nocy poszliśmy wspólnie na pasterkę. Przed Mszą świętą przy Kościele miały miejsce żywe jasełka – a moja współwolontariuszka grała św. Elżbietę! I ten moment – płacz malutkiego Jezusa – narodził się, jest, żyje! Eucharystia, kolędy, radość. Na drugi dzień było bardzo odświętnie, Bożonarodzeniowe spotkanie z Chrystusem w Eucharystii, wspólny obiad, wspólny czas. Dla mnie słowem klucz tych świąt była wspólnota, a nawet nie, raczej słowo- rodzina. Będąc misjonarzem istotą jest to, że nie jesteś kimś wyjątkowym kto przyjechał z daleka, ale jesteś częścią misyjnej rzeczywistości. Mijały dni kiedy przeżywaliśmy okres bożonarodzeniowy – dla mnie, bardzo inspirujący dzięki tradycjom w Boliwii. Przy odwiedzaniu znajomych i rodziny oczywiste jest, że każdy ma w domu szopkę, czasem też szopki są na ulicy i zaczyna się adorowanie. Co ciekawe, czasem w tych szopkach jest kilku Panów Jezusów, bo ktoś doniesie swojego, aby jego Pana Jezusa też adorować. Ameryka Południowa jest bardzo kolorowa, spontaniczna i naturalna – i tak oni też wielbią Pana – całym sobą, czyli tańcem! Przy szopkach się tańczy – to zwyczaj, którego istota bardzo mi się podoba – Jezus się narodził, więc Go adorujmy, całym sobą, cieszmy się, tańczmy, a nie tylko siedźmy przy stole i jedzmy! Oczywiście uwielbiajmy Jezusa według tego jacy my jesteśmy, z naszą kulturą i zwyczajami, ale ta boliwijska radość jest czymś, co mnie zachwyca. Zapomniałam o prezentach – może dlatego, że nie były najważniejsze. To On jest najważniejszy i to piękne, że mogliśmy tam w Boliwii bez zbędnej komercjalizacji skupić nasze spojrzenie właśnie na Nim, na radości z Jego Narodzenia. Dziękuję Ci Panie, że rodzisz się w moim sercu i w sercu każdego z moich małych braci i sióstr, gdziekolwiek i kimkolwiek jesteśmy.

Red. Aneta Stachnik

Więcej w tej kategorii: